Luanda nocą – drugie oblicze miasta

Emocje trochę już opadły. Policja informuje o powodzeniu akcji, rząd wszystkiemu zaprzecza. Tak czy siak, wszyscy twierdzą, że zagrożenia już nie ma albo że w ogóle go nie było. Podobno można znowu chodzić „bezpiecznie” po ulicach. Ponownie ożyło nocne życie Luandy.

Luanda nocą wygląda zupełnie inaczej niż za dnia. Nie widać tych wszystkich śmieci, ulice i wieżowce są pięknie oświetlone. Widok z półwyspu na miasto daje wrażenie WOW

1782513_10151932236002175_556510016_o

Tuż nad samym brzegiem jest Baía de Luanda, czyli deptak wśród palm. Jest to tutejsza duma. Miejsce naprawdę ładne. To tu na otwartej przestrzeni organizowane są koncerty, tu w nidzielę rodziny przychodzą z dziećmi na spacery. Jest plac zabaw, siłownia pod chmurką, nawet droga rowerowa. Tu też wystawione są te wszystkie kolorowe palanki, o których pisałam jakiś czas temu.

Tem oświetlony budynek z kopułą to budynek banku narodowego. Ta oświetlona część wygląda naprawdę ładnie również w ciągu dnia. Jednak jak ktoś przyjrzy się bliżej, to widać na zdjęciu, że na lewo od kopuły jest również część nieoświetlona. Wielka szkoda, ale tamta część popada w ruinę. Wyremontowano tylko tyle, ile potrzebowali, a reszta… nie ma okien, nikt z tego oficjalnie nie korzysta, ale na dziko mieszka tam sporo ludzi. Bez wody i elektryczności.

No i w końcu wieżowce! Rosną one jak grzyby na deszczu. Na zdjęciu widać tylko kilka z nich, ale proszę zwrócić uwagę na ilość żurawi. Kończą budować jeden wieżowiec, zaczynają następny. Z miesiąca na miesiąc widać efekty.

Gdy przyjechałam tu pod koniec listopada, kończono fundamenty pewnego budynku blisko mojej pracy. Aktualnie stoi tu kilkunastopiętrowy wieżowiec i prawie wszystkie piętra zostały wyprzedane. Pierwsze firmy już dostosowują swoje piętra do swoich potrzeb. Sześć miesięcy! Gdybym nie widziała tej budowy z dnia na dzień, to bym nie uwierzyła, że taki wieżowiec może powstać w mniej niż rok.

Luanda zmienia swoje oblicze z dnia na dzień, a w nocy na spokojnie można obserwować te zmiany.

Niebezpieczeństwo zgodne z prawem

Prawa człowieka? Jestem magistrem prawa, a pracę magisterską pisałam właśnie z praw człowieka. Jednak to co się ostatnio dzieje w Luandzie, przekracza wszelkie wyobrażenie. Tu prawa człowieka to abstrakcja. Ktokolwiek dowiaduje się o tym, co opisuję poniżej od razu pyta „A co na to organizacje międzynarodowe?” Nikt o tym nie wiedział, aż do wczoraj, więc skąd organizacje miałyby o tym wiedzieć?

W ciągu ostatnich kilku dni NAGLE wzrosła przestępczość w Luandzie. Zabito kilku ludzi więcej niż statystycznie. Zginęło kilku imigrantów, w tym dyrektor jednego z banków. Na plaży w biały dzień zgwałcono kilka kobiet. Obrabowano bankomat. Skradziono kilka porządnych samochodów. Napadnięto na stację benzynową. Ludzie oczywiście się boją, ale nikt jakoś specjalnie nie łączył tych zdarzeń, aż do wczoraj.

Wczoraj poinformowano mieszkańców Luandy, że tutejsze więzienia wypuściły ponad 200 osób na terenie Luandy. Pierwsze skojarzenie to zapewne amnestia, przebaczenie, zapomnienie złych uczynków. Niestety nie. Ponad 200 osób zostało wypuszczonych do odstrzału. Jako że Angola nie wykonuje kary śmierci, a takiego rozwiązania poszukiwano w stosunku do tych 200, wypuszczono ich, by sobie pobiegali, znowu popełnili zbrodnie, a następnie by zginęli odstrzeleni jak zwierzęta w pościgu, bo takie rozwiązanie jest dozwolone prawnie. Przecież zdarza się, że kryminalista nie zatrzyma się na wezwanie policji. Wtedy trzeba rozpocząć pościg, a w pościgach jak wiadomo „zdarza się”, że uciekający giną.

Wypuszczeni wiedzą, że są poszukiwani. Wiedzą też, że jeśli będą uciekać, to zostaną zabici. A jeśli nie będą uciekać? Martwy uciekinier nic nie powie, prawda? Zawsze będzie można powiedzieć, że uciekał. Skoro uciekał, to można go było zabić „zgodnie z prawem”.

Skoro wypuszczeni wiedzą, że i tak mają zginąć, popełniają jeszcze gorsze zbrodnie, bo przecież niczym nie ryzykują, a że niewinni ludzie przy tym ucierpią… oj, kto by się tym tutaj przejmował! Przecież akcja ma na celu oczyszczenie miasta z tych kryminalistów. Kilka ofiar dla dobra miasta najwidoczniej jest koniecznych. Ludzie są przerażeni. Odwołują wszelkie wizyty, poruszają się tylko na trasie praca-dom. Nawet zrobienie zakupów wiąże się z ryzykiem.

Słyszałam już kilka historii z napadów lub „humanitarnych zatrzymań”. Gdy tylko dowiem się czegoś więcej, na pewno napiszę.

 

Przepis na… dorsza zapiekanego w śmietanie

Tym razem przepis! A co! Nie samą pracą człowiek żyje, a jedzenie sprawia przecież tyle przyjemności. Mam swoje smaki polskie, ale też smaki portugalskie.

A oto jedno z najlepszych dań portugalskich. Przygotowanie go zajmuje trochę czasu, ale warto spróbować je wykonać. Przepis przystosowany jest do warunków polskich.

DSC00120

Bacalhau com natas / Dorsz zapiekany w śmietanie

Składniki dla 4 osób:
500g dorsza (odsolonego, oczyszczonego ze skóry i ości oraz rozdrobionego za pomocą ściereczki)
6 średnich ziemniaków
2 cebule
2 ząbki czosnku
1 liść laurowy
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
szczypta soli
szczypta pieprzu
oliwa
200ml śmietany 22%
400ml mleka
40 g masła
40 g mąki
bułka tarta

przygotowanie:

1. Zagotować mleko. Do gotującego się mleka włożyć surowego dorsza (powinien zostać cały pokryty mlekiem). Gotować 5 minut. Wyjąć dorsza i rozdrobnić na małe kawałeczki. Odstawić mleko, będzie potrzebne później.

2. Obrać i pociąć ziemniaki w kosteczkę. Usmażyć jak frytki, do momentu aż zrobią się delikatnie złote, ale nie mocno spieczone.

3. Rozgrzać oliwę na patelni, wrzucić posiekaną cebulę, posiekany czosnek i liść laurowy i zaczekać, aż cebula się zeszkli. Usunąć liść laurowy.

4. Dorzucić na patelnię rozdrobnionego dorsza i zaczekać aż wszystko zacznie się gotować. Dodać świeżo zmielonej soli, doprawić odrobiną pieprzu.

5. Rozgrzać masło na oddzielnej patelni. Przygotować sos beszamelowy dodając mąkę, następnie partiami mleko użyte do gotowania ryby, na końcu śmietanę, ciągle mieszając. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową.

6. Wymieszać zawartość pierwszej patelni z ziemniakami i 2/3 sosu beszamelowego.

7. Wysmarować oliwą naczynie żaroodporne lub blachę. Wyłożyć przygotowaną masę. Na wierzch wylać i rozprowadzić pozostałą część sosu beszamelowego. Posypać obficie bułką tartą,

8. Piec 15 -20 minut w temperaturze 220 stopni, do momentu uzyskania złotej chrupiącej skorupki.

Smacznego!

No to liczymy się!

W Angoli trwa właśnie spis powszechny. Od 16 do 31 Maja po całym kraju jeżdżą wielkie ciężarówki. Z głośników dobiega radosna muzyka w wykonaniu dzieci. Podobno nawet Angolańczykom trudno jest zrozumieć, co te dzieci krzyczą/śpiewają. Te ciężarówki to mobilne punkty spisu. Są takie wielkie i pomarańczowe, że nie da się ich nie zauważyć, tak jak nie da się ich nie usłyszeć.

censo

W radiu i telewizjii podawane są wytyczne i newsy dotyczące spisu. Dziś prezydent wziął udział w spisie, dając dobry przykład obywatelom. Jutro minister czegoś tam będzie w dżungli i prosi, by wszyscy przybywali do danego miejsca na rzece wszelkimi środkami transportu. Inny minister był w daleko oddalonej jednostce wojskowej, aby osobiście dokonać spisu znajdujących się tam żołnierzy i ich rodzin.

Co więcej, istnieje nawet maskotka spisu powszechnego! Ma na celu pokazanie ludziom, jak są ubrani pracownicy państwowi. Chodzi o to, żeby wpuszczali do domów tylko upoważnione osoby oraz o to by zapobiec oszustom.

sem nome

A oszustów jest wielu. W ostatnich dniach niestety wzrosta ilość napadów, włamań i kradzieży. Ludzie boją się wpuszczać do domu nawet osoby, które wyglądają jak pan na obrazku. Boją się, że nawet jeśli jest to pracownik publiczny, może chcieć sobie dorobić na boku i informować grupy przestępcze o dobytku danych osób.

Spis tem na pewno będzie niepełny i niezbyt wiarygodny, a wszystkiego winny jest ołówek. Dokument ze spisu powinien być wypełniony długopisem. Niestety wielu spośród pracowników wypełniają te dokumenty ołówkiem, a następnie poprawiają długopisem w biurze zgodnie z wytycznymi otrzymanymi od przełożonych.

Czy dobrze żyje się obywatelowi? Zgodnie z wytycznymi kraj się rozwija, ludzie obracają się dobrobycie, edukują się i zdobywają coraz to lepsze pozycje. Służba zdrowia pomaga zawsze i wszystkim. W drogach nie ma dziur, nigdy nie brakuje wody ani prądu, a śmieci wywożone są regularnie. Kraina mlekiem i miodem płynąca.

Wiele osób specjalnie i na przekór nie bierze udziału w spisie. Nie tylko dlatego, że boją się wpuścić obcego człowieka do domu. Te ciężarówki jako stacje spisu również przyjmują osoby w wyznaczonych miejscach i godzinach, jeśli ktoś nie życzy sobie wizyty. Ludzie nie widzą sensu takiego spisu. Jeśli oni sami nic na tym nie zyskają, to się nie fatygują.

Byle samochód kupić, a potem już z górki

Rozmawiałam ostatnio z kilkoma osobami, z tutejszymi, co jest ich największym marzeniem. Większość z nich marzy o własnym samochodzie. I to co w Polsce odstrasza od zakupu samochodu, czyli benzyna, ubezpieczenie i naprawy, to tu jest wręcz pozytywem. Ubezpieczenia niskie, bo wymagane tylko OC i większość już o resztę się nie martwi. naprawy tanie, bo w prawie każdym garażu na ulicy naprawiają samochody. A benzyna? Prosze bardzo, poniżej dowód.

paliwo

Tutejsza waluta to kwanza (AKZ) z przelicznikiem mniej więcej 100AKZ = 1 USD. Benzyna 60 AKZ za litr, diesel 40 AKZ za litr. W przeliczeniu na złotówki… 1,80 PLN za litr benzyny i 1,20 PLN za litr diesla.  Kto pamięta, kiedy takie ceny były w Polsce?

Tak więc najważniejsze jest, by kupić samochód. Wtedy można uniknąć zapchanych niebieskich buso-taksówek, które wprawdzie dowiozą pod sam dom, ale nikt nie wie ile to może potrwać…

 

Mówimy po polsku

Wczorajsze spotkanie w Ambasadzie Polski to dla mnie mega zaskoczenie. W Luandzie jest dość sporo Polaków oraz osób mówiących po polsku – absolwentów polskich uczelni. 20140513_203601(0)

Był bigos, były i pierogi! Można było się nagadać po polsku i nasłuchać polskiej muzyki.

Nawiązałam wiele ciekawych znajomości, a efektem spotkania jest powstanie grupy na Facebooku zrzeszającej osoby mówiące po polsku w Angoli.

I tak jak nie zamierzałam głosować 25 maja, tak zmieniłam zdanie. Pójdę, by znowu spotkać się z tymi wspaniałymi ludźmi. I nawet im zaniosę makowca!

 

W pogoni za polskością…

Mimo że specjalnie za Polską nie tęsknię, to jednak coś mnie do polskości przyciąga. Oczywiście gdzie tylko znajdę jakiś produkt pochodzący z Polski, od razu muszę zrobić zdjęcie. W Portugalii przyzwyczaiłam się, że tych produktów trochę jest. Bo to przecież i Unia Europejska i Jeronimo Martins z produktami dla Biedronki. Poza tym w Portugalii można też trafić na sklepy rosyjskie, pełne polskich produktów. Więc były i Delicje i Twaróg i nawet wędzona makrela, którą uwielbiam.

W Angoli o dobre produkty spożywcze jest ciężko, a żeby jeszcze były z Polski… to można tylko śnić. W ciągu pół roku pobytu w Luandzie trafiłam na 2, słownie „dwa” produkty, które zostały wyprodukowane w Polsce.

Pierwszym jest nasz produkt eksportowy. Nasza wizytówka. Żubrówka! Wszyscy tu wiedzą, że Żubrówkę pije się z sokiem jabłkowym.zubrowkaDrugi produkt bardzo mnie zaskoczył. Nie jest to typowy produkt polski, nie jest kojarzony w żadnym stopniu z naszym krajem, ale jest tam produkowany. W życiu nie sądziłam też, że Polska eksportuje cokolwiek do Republiki Południowej Afryki. A tu proszę… Nutella!

nutella

Wyprodukowano w Polsce, eksportowane do RPA, ostatecznie trafiło do Angoli.

I tak mnie tylko zastanawia, czy to na pewno trafiło tu legalnie? Nigdzie nie widziałam innych produktów Ferrero,, a w ogóle o czekoladę tu ciężko, bo się zaraz wszystko topi. Nutellę kupił P. bo zobaczył przypadkiem w jednym z „supermarketów” i mu się przypomniało, jak jakiś czas temu go o nią prosiłam. W każdym razie, smakuje jak powinna.

A dziś idę na spotkanie Polaków w Ambasadzie. Możliwe, że dowiem się, gdzie jeszcze mogę znaleźć polskie produkty…

 

 

Wymyślić „krzyk mody”

Zastanawialiście się kiedyś, kto ubiera prezenterów telewizyjnych? Kto wybiera całe stylizacje? Jesteśmy przekonani, że to muszą być specjaliści od wizerunku… no właśnie niekoniecznie tak jest…

Moja szefowa należy to tutejszej „śmietanki towarzyskiej”. Chodzi na te wszystkie imprezy, gdzie człowiek-celebryta idzie, żeby się pokazać, zabłysnąć na ściance, a potem oglądać własne zdjęcia w gazecie. Oczywiście ma całe grono „fanek”, które gdy tylko jej zdjęcie ukaże się gdziekolwiek, one zaraz jej o tym meldują.

Szefowa ma mnóstwo znajomych, ważnych znajomych. Jakiś czas temu przyszła w towarzystwie pewnej dziewczyny. Dziewczyna ta jest prezenterką telewizyjną, którą butik ma ubierać do programów. Nie było pytań, czy potrafię, czy dam radę. Nie. Mam przygotować dla niej stylizacje i koniec.

Wybrałyśmy więc kilka zestawów. Zrobiłyśmy zdjęcia i wysłałyśmy do działu produkcji do zaakceptowania. Dziewczyna poszła i jakoś nie spieszyło jej się wracać. Raz na kilka dni dostawałam maila ze zdjęciami stylizacji, którą miałam wysłać na plan.

Tak z tygodnia na tydzień opcji do wykorzystania ubywało. Któregoś dnia stylizacje się skończyły. Poinformowałam produkcję, że to ostatni zestaw i poprosiłam dziewczynę, żeby przyszła ponownie. Nie przyszła. Mimo wielu telefonów i maili, wiecznie była tak zajęta. W końcu udało mi się dogadać z jej managerką, że przyjadą konkretnego dnia. Przyjechały? Nie. Za to obie w tym dniu wyłączyły telefony.

Któregoś dnia telefon z produkcji, by w trybie natychmiastowym wysłać stylizację, bo będą nagrywać. Grzecznie poinformowałam, że niestety nie mamy żadnych wybranych opcji, bo dziewczyna się nie zjawiła. W odpowiedzi usłyszałam: To wybierz coś dla niej i przyślij.

Ja z natury jestem skorpionem i mam takie chwile, że specjalnie robię na złość. Wysłałam spodnie i zupełnie niepasującą do tego bluzkę oraz buty, które ewidentnie kontrastowały z niedopasowaną całą resztą. Skoro dziewczyna i jej managerka nie szanują mojego czasu, to ja nie muszę być dla nich miła.

Wyobraźcie sobie, że dziewczyna wystąpiła w programie na żywo w tym zestawie. Kilka dni później dostałam pochwałę od szefowej. W tutejszym magazynie mody opublikowano zdjęcia tej reporterki w mojej stylizacji. Modowe odkrycie roku! Szał! Musisz to mieć! Na kolejnej stronie znajdował się obszerny wywiad z moją szefową na temat butiku i zatrudnionej w nim „ekspertce ds. mody”, która śledzi wszelkie nowości modowe, aby ubierać kobiety biznesu w Luandzie zgodnie z najnowszymi stylizacjami prosto z Paryża czy Milanu.

To podobno o mnie było… Nie rozumiem tego świata. Człowiek próbuje zrobić na złość, a tu go jeszcze chwalą…

To (prawie) napad!

Sobota, a ja w pracy. W dodatku to długi weekend dla wielu osób, więc praktycznie nikogo nie ma w mieście, a tym bardziej w miejscu, gdzie pracuję.

Siedzę sobie spokojnie w butiku, koleżanka właśnie wyszła do toalety, a tu wchodzi taki obdrapany typ, w brudnych dziurawych ubraniach i zaczyna się rozglądać wokół. W dodatku w ręce trzyma tlący się papieros.
- Tu nie wolno palić! Proszę wyjść! – mówię głośno w jego kierunku, a ten bezczelnie zaciąga się patrząc się na mnie i strzepuje popiół na podłogę.
- Co my tu mamy…? – pyta, kompletnie ignorując moje słowa i uśmiechając się bezczelnie.
- To jest sklep dla kobiet – informuję go, powoli zaczynam się bać. Zamykam kasę na klucz i chowam go do szuflady. Nie patrząc na telefon, dzwonię do ostatnio wybranego numeru – do P.
Typ bierze w ręce torebkę i spogląda na cenę.
- Drogo tu u was…- mówi obracając torebkę w rękach i zwraca się do mnnie - Podoba Ci się?
Zaczynam powoli opowiadać o marce i produkcie, próbując zyskać na czasie. Widzę kątem oka, że koleżanka zbliża się do drzwi. Tak jak zwykle każę dziewczynom wyjść zza lady do klienta, tak teraz ona widzi, że stoję za ladą cała w stresie. Na szczęście dziewczyna ma trochę rozumu, spogląda na klienta, typ jej na szczęście nie widzi. Koleżanka daje mi znak ręką, żebym była spokojna. Przechodzi obok drzwi i wyciąga telefon, żeby po kogoś zadzwonić.
W międzyczasie P. odbiera telefon, słyszy rozmowę w tle i mój przestraszony głos.
Typ otwiera torebkę, zagląda do środka, wciąż rozmawiając ze mną. Nie pamiętam już co do niego mówiłam w tym stresie. Podchodzi do lady i nagle zadaje pytanie:
- Czy w tej torebce zmieści się pistolet?
O matko! Zrobiło mi się gorąco i zimno jednocześnie.
- To jest damska torebka, zmieści się portel, telefon, kosmetyki do poprawy makijażu. Ma specjalną kieszeń z zamknięciem na tablet lub netbook. – próbuję odejść od tematu broni.

Wtedy jak gdyby nigdy nic wchodzi P. Podchodzi do mnie, podaje mi jakieś papiery i mówi, że to dokumenty o które go prosiłam. Popycha mnie dyskretnie w stronę biura i zwraca się do typa:
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Ta pani mnie obsługiwała – odpowiada typ.
- Ta pani jest zajęta – odpowiada chłodno P.
- Ok, rozumiem. To Twoja dama. Dobrze, że jej pilnujesz, bo takich ślicznotek tu mało.

Typ zostawia torebkę na ladzie. Słyszę, że wychodzi z butiku. Wyglądam z biura. Na zewnątrz czeka już na niego moja koleżanka z dwoma ochroniarzami. Odprowadzili go do wyjścia z budynku.

Ktoś trafi na dywanik. Zwykle ochroniarze nie dają takim ludziom wejść do budynku. Porządnie się dziś wystraszyłam. Oby to był pierwszy i ostatni raz!

 

Podejście do przyszłości

W Polsce właśnie rozpoczyna się czas matur. Kilka osób z mojej rodziny będzie w tym roku podchodzić do tego mitycznego egzaminu dojrzałości. Tak naprawdę patrząc na te osoby widzę jedynie strach w ich oczach. Strach i stres. Jakie wybrać studia, żeby zapewnić sobie dobrą przyszłość?

Rodzice, ciotki, dziadkowie oczywiście naciskają, żeby wybrać jakieś prestiżowy kierunek. Ale co to znaczy „prestiżowy kierunek”? Oni wszyscy patrzą z własnej perspektywy, z perspektywy czasu. Kiedyś medycyna, architektura czy prawo były przepustką do wiekszych pieniędzy. Wydaje im się, że samo ukończenie takich studiów otwiera drzwi do wielkiej kariery. Otwierało… Oni nie zdają sobie sprawy, ilu jest absolwentów tych „prestiżowych” ich zdaniem kierunków, którzy nie mogą znaleźć pracy.

Czytałam niedawno jakieś statystyki. Aktualnie taki świeżo upieczony absolwent Kowalski starający się o pracę w zawodzie będzie jej poszukiwał ponad półtora roku. O ile nie będzie ograniczał się do własnego miejsca zamieszkania. Ale ile można tak siedzieć i wysyłać CV po całej Polsce czy Europie, deklarując mobilność, znajomość języków i X odbytych praktyk? Wiele osób mimo ukończenia studiów i specjalizacji prędzej podejmie się pracy w innej branży, często poniżej swoich kwalifikacji, ale pracy. I to płatnej, a nie kolejnego wcale albo marnie płatnego stażu, gdzie zostanie z człowieka wyssana każda kropelka krwi i potu, a na koniec i tak nikt nie zaoferuje umowy, bo taniej jest wziąć kolejnego niewolnika na staż.

Od prawie pół roku jestem w Angoli i tu nie ma takiego parcia na szkło jeśli chodzi o studia. Nie chodzi mi tu o porównania, że to Afryka. Szanowni Państwo, stolica Angoli, Luanda jest jednym z najdroższych miast świata. Kto tu nie był, nie zdaje sobie sprawy w jakim tempie to miasto się rozwija. Kilkanaście lat po zakończeniu wojny domowej są tu prężnie rozwijające się firmy, a specjalistów wręcz brakuje. Tutaj po skończeniu szkoły osoby nie zastanawiają się jaki kierunek wybrać. Idą do pracy. Pokazują swoje predyspozycje pracodawcom i dopiero po kilku latach pracy, po sprawdzeniu się w kilku dziedzinach decydują się podjąć studia w kierunku, który ich interesują, w którym mają już jakieś doświadczenie. Wybierają studia, które pomogą im w przyszłości osiągnąć to, co chcą i wiedzą dokąd dążą.

A w Polsce jest na odwrót. W Polsce jest wręcz mus pójścia na JAKIEŚ studia tuż po szkole. Jeśli ktoś od razu po maturze nie składa papierów na uczelnie, inny patrzą się na niego jak na ufoludka. Jak to nie będziesz studiował? Od razu rodzina podejrzliwa, od razu straszą bezrobociem, jakby to studia w dzisiejszych czasach dawały jakąś gwarancję zatrudnienia…

Ja sama jestem przykładem idiotyzmu tego systemu. Jestem magistrem prawa, a moja kariera rozwija się w kręgach hotelarstwa i gastronomii. Mimo komentarzy rodziny, że zmarnowałam TAKIE studia, postawiłam na swoim i czuję się spełniona w swoim zawodzie. Lubię to, co robię. Praca jest dla mnie przyjemnością. Nie należę do grona osób „Nie cierpię poniedziałków” (bo znowu trzeba iść do pracy), ani „Byle do piątku”.

Maturzyści niestety boją się dorosłości, wykorzystując psychologię tłumu – wszyscy idą studiować, to ja też pójdę. A może jednak warto pokazać, że jako dorosły człowiek ma się swoje zdanie. Najpierw sprawdzić na rynku pracy, co chce się tak naprawdę robić, bo wyobrażenie o zawodzie też może się różnić od rzeczywistości. Po co marnować kilka lat tuż po szkole na studiowanie czegoś, z czym nie będziemy wiązać przyszłości? Dla samego papierka? Dla zachwytów babć, że wnuczek to magíster? Można, o ile to babcia nas zatrudni i będzie dawać wypłatę.

Wystarczy popatrzeć na bezrobotnych magistrów, którzy w większości deklarują, że gdyby mogli cofnąć czas i jeszcze raz zdecydować o swojej przyszłości, postąpiliby inaczej. Ale niestety… mądry Polak po szkodzie.